Statystyka


Warning: Creating default object from empty value in /home/serwer5/ftp/wodynski/modules/mod_stats/helper.php on line 106
Odsłon : 146036
Nasze Świadectwa Drukuj

Wytrwale podążam Jego śladami

Wiadomość o wyznaczeniu przez Benedykta XVI daty i miejsca beatyfikacji Jana Pawła II, mimo że oczekiwana, była kolejnym darem  ofiarowanym nam przez zmarłego przed sześciu  prawie laty naszego Wielkiego Rodaka. Osobistą bowiem więź z Nim  doświadczyło przecież  tyle osób na całym świecie. Wyniesienie Go na Ołtarze – nadaje nowy wymiar temu, co w Kościele katolickim określa się jako świętych obcowanie. Na naszych oczach, za naszego życia w dobie rewolucji komunikacyjnej, poprzez porozumiewanie się przez Internet – zostaje dekretem papieża zalegalizowana transcendentalna łączność z tym, który jeszcze nie tak dawno był obecny w naszym życiu, skupiał naszą uwagę, ogniskował powszechnie uczucia miłości do Niego, troski o Jego zdrowie, współczucia w Jego cierpieniu. Wielkiego Nauczyciela, którego słowa jeszcze dźwięczą nam w uszach. Na monitorach naszej pamięci często wyświetla się  Jego biała postać. Dla mnie osobiście Karol Wojtyła był przewodnikiem po drogach i szlakach, którymi przemierzał świat, a ja starałem się wytrwale podążać Jego śladami. Był nie tylko – najwyższym dla mnie – autorytetem, ale też był kimś, kogo po prostu kochałem, jak nieżyjących już moich rodziców, a szczególnie ojca, którego mi przez całe dzieciństwo brakowało, bo umarł, jak miałem 9 lat.

 

Często, podejmując decyzje, co do których  nie byłem tak do końca przekonany – zastanawiałem się na tym – jak On oceniłby moje postępowanie, mój wybór. To była prawie codzienna, bardzo bliska z Nim relacja.

Kiedy odwiedzał nasz kraj, kalendarz Jego podróży porządkował wszystkie  moje plany tak, aby zapewnić mnie i mojej rodzinie spotkanie z Nim. Towarzyszyliśmy Mu, podczas wszystkich pielgrzymek do naszego kraju. Pozostała nam po tych spotkaniach spora kolekcja kart wstępu, zdjęć, a przede wszystkim wrażeń, tak wyrazistych, że tylko należy przymrużyć oczy, żeby przywołać obrazy, na których Ojciec Św. był jeszcze wtedy w pełni formy, mówił mocnym, dźwięcznym głosem. Potem stopniowo się zmieniał, kurczył, pochylał, widać było, że cierpi, ale przez to stawał się jeszcze bardziej dla nam  bliski.

Odwiedzałem Go w Rzymie. Ostatni raz na dwa tygodnie przed Jego śmiercią. 13 marca przed kliniką Gemelii wpatrywałem się w okna na 10 piętrze. Wtedy to z wysiłkiem, ale mocnym głosem „pozdrowił Wadowice” – miasto  swoje rodzinne. Miasto, które dla mnie także jest bardzo bliskie. W nim bowiem  również wzrastałem, uczęszczałem do szkół. W kościele, w którym Papież  został ochrzczony, przystąpiłem do I Komunii Św., byłem bierzmowany.

Na wadowickim cmentarzu spoczywają moi rodzice, dla których miasteczko położone nad Skawą stało się ostatnia przystanią po zawierusze
II wojny światowej, kiedy to trzeba było w wyniku jałtańskiej zmowy opuścić Kresy Wschodnie II Rzeczypospolitej.

 

Odnoszę przez to wrażenie, że los wynagrodził mnie i moim rodzicom dramat wypędzenia i w szczególny sposób uprzywilejował. Teraz, kiedy jestem już  w sędziwym wieku, przywołuję dawne wspomnienia, z których wyłaniają się obrazy: że idę, prowadzony przez śp. mamę do przedszkola – ochronki Sióstr Nazaretanek, gdzie wita mnie siostra Filotea, wychowawczyni całych pokoleń małych brzdąców, o której  Ojciec Święty tak  często wspominał. Za orkiestrą,  poprzedzającą maszerujących w niedzielę do kościoła żołnierzy, drepczę wraz z rodzicami i siostrami pod górę, na Karmel do Sanktuarium Św. Józefa. Wtedy ojciec Rafał Józef Kalinowski nie był jeszcze ogłoszony świętym, ale kult tego  byłego powstańca powstania styczniowego, przeora klasztorów oo. Karmelitów Bosych
w Wadowicach i Czernej – zataczał coraz szersze kręgi. Na Msze Święte, jak za czasów Lolka Wojtyły chodziło się do sąsiadującej z kościołem parafialnym kaplicy w Domu  Katolickim. Była to właściwie sala teatralna ze skromnym, ustawionym pośrodku sceny Ołtarzem. Odprawiana była tam, co tydzień Msza dla młodzieży licealnej i studentów przyjeżdżających na niedzielę do domu. Celebransem był zazwyczaj ks. dr Edward Zacher, katecheta Karola Wojtyły. Uczęszczałem do gmachu wadowickiego gimnazjum, tak osobliwie opisanego w „Zmorach” przez Emila Zegadłowicza. W liceum, jeszcze za moich czasów, wykładali Jego profesorowie: poloniści Kazimierz Foryś, prof. Raimanowa, romanistka Helena Rokowska. Fizyki uczył mnie prof. Putyra, który mieszkał w dawnym mieszkaniu Wojtyłów. Znałem Jego kolegów z klasy maturalnej: Siłkowskiego, Piotrowskiego, Bieniasza, Gajczaka. Tak jak Ojciec Święty wspinałem się wielokrotnie na Leskowiec, ulubiony przez Niego i jego ojca szczyt w Beskidzie Małym. Teraz w paśmie Leskowca jest Groń Jana Pawła II z usytuowanym na samym szczycie Sanktuarium. Kąpałem  się również w Skawie, rzece, która rokrocznie pochłaniała w swoich wirach  nierozważnych pływaków. Potem, już jako dorosły człowiek, wędrowałem innymi szlakami, zaznaczonymi Jego wcześniejszą na nich obecnością. Podzielana z Nim pasja do turystyki kajakowej wiodła mnie przez jeziora i rzeki, które On wcześniej przepływał po Pojezierzu Drawskim, na Mazurach, po Suwalszczyźnie. Z Jego obecnością spotykam się w miejscach tak odległych jak Szkodra w Albanii czy też w Chorwacji. W mieście, w którym się urodziłem, a które obecnie należy do innego kraju, do Ukrainy – posadziłem przed kościołem, gdzie byłem ochrzczony dwa dęby Pamięci Jana Pawła II, które przekazała mi dla Złoczowa pani burmistrz Wadowic.

Kiedy Papież Jan Paweł II umarł, pojechałem wraz z żoną i wnukami do Wadowic. Tam najsilniej czułem z Nim eschatologiczną łączność Dzisiaj, kiedy olbrzymia radość przepełnia nasze serca z powodu wyniesienia  Karola Wojtyły na Ołtarze, coraz bardziej uświadamiam sobie, że nadal podążam  za Nim, ale już tylko zmierzając do tego ostatniego celu. Jest chyba teraz mi łatwiej pogodzić się z tą nieuchronnością. Przyjmuję to jako dar dany mi przez  mojego Przewodnika osobiście.

Stanisław