Statystyka
| Wytrwale podążam Jego śladami Wiadomość o wyznaczeniu przez Benedykta XVI daty i miejsca beatyfikacji Jana Pawła II, mimo że oczekiwana, była kolejnym darem ofiarowanym nam przez zmarłego przed sześciu prawie laty naszego Wielkiego Rodaka. Osobistą bowiem więź z Nim doświadczyło przecież tyle osób na całym świecie. Wyniesienie Go na Ołtarze – nadaje nowy wymiar temu, co w Kościele katolickim określa się jako świętych obcowanie. Na naszych oczach, za naszego życia w dobie rewolucji komunikacyjnej, poprzez porozumiewanie się przez Internet – zostaje dekretem papieża zalegalizowana transcendentalna łączność z tym, który jeszcze nie tak dawno był obecny w naszym życiu, skupiał naszą uwagę, ogniskował powszechnie uczucia miłości do Niego, troski o Jego zdrowie, współczucia w Jego cierpieniu. Wielkiego Nauczyciela, którego słowa jeszcze dźwięczą nam w uszach. Na monitorach naszej pamięci często wyświetla się Jego biała postać. Dla mnie osobiście Karol Wojtyła był przewodnikiem po drogach i szlakach, którymi przemierzał świat, a ja starałem się wytrwale podążać Jego śladami. Był nie tylko – najwyższym dla mnie – autorytetem, ale też był kimś, kogo po prostu kochałem, jak nieżyjących już moich rodziców, a szczególnie ojca, którego mi przez całe dzieciństwo brakowało, bo umarł, jak miałem 9 lat.
Często, podejmując decyzje, co do których nie byłem tak do końca przekonany – zastanawiałem się na tym – jak On oceniłby moje postępowanie, mój wybór. To była prawie codzienna, bardzo bliska z Nim relacja. Kiedy odwiedzał nasz kraj, kalendarz Jego podróży porządkował wszystkie moje plany tak, aby zapewnić mnie i mojej rodzinie spotkanie z Nim. Towarzyszyliśmy Mu, podczas wszystkich pielgrzymek do naszego kraju. Pozostała nam po tych spotkaniach spora kolekcja kart wstępu, zdjęć, a przede wszystkim wrażeń, tak wyrazistych, że tylko należy przymrużyć oczy, żeby przywołać obrazy, na których Ojciec Św. był jeszcze wtedy w pełni formy, mówił mocnym, dźwięcznym głosem. Potem stopniowo się zmieniał, kurczył, pochylał, widać było, że cierpi, ale przez to stawał się jeszcze bardziej dla nam bliski. Odwiedzałem Go w Rzymie. Ostatni raz na dwa tygodnie przed Jego śmiercią. 13 marca przed kliniką Gemelii wpatrywałem się w okna na 10 piętrze. Wtedy to z wysiłkiem, ale mocnym głosem „pozdrowił Wadowice” – miasto swoje rodzinne. Miasto, które dla mnie także jest bardzo bliskie. W nim bowiem również wzrastałem, uczęszczałem do szkół. W kościele, w którym Papież został ochrzczony, przystąpiłem do I Komunii Św., byłem bierzmowany. Na wadowickim cmentarzu spoczywają moi rodzice, dla których miasteczko położone nad Skawą stało się ostatnia przystanią po zawierusze
Odnoszę przez to wrażenie, że los wynagrodził mnie i moim rodzicom dramat wypędzenia i w szczególny sposób uprzywilejował. Teraz, kiedy jestem już w sędziwym wieku, przywołuję dawne wspomnienia, z których wyłaniają się obrazy: że idę, prowadzony przez śp. mamę do przedszkola – ochronki Sióstr Nazaretanek, gdzie wita mnie siostra Filotea, wychowawczyni całych pokoleń małych brzdąców, o której Ojciec Święty tak często wspominał. Za orkiestrą, poprzedzającą maszerujących w niedzielę do kościoła żołnierzy, drepczę wraz z rodzicami i siostrami pod górę, na Karmel do Sanktuarium Św. Józefa. Wtedy ojciec Rafał Józef Kalinowski nie był jeszcze ogłoszony świętym, ale kult tego byłego powstańca powstania styczniowego, przeora klasztorów oo. Karmelitów Bosych Kiedy Papież Jan Paweł II umarł, pojechałem wraz z żoną i wnukami do Wadowic. Tam najsilniej czułem z Nim eschatologiczną łączność Dzisiaj, kiedy olbrzymia radość przepełnia nasze serca z powodu wyniesienia Karola Wojtyły na Ołtarze, coraz bardziej uświadamiam sobie, że nadal podążam za Nim, ale już tylko zmierzając do tego ostatniego celu. Jest chyba teraz mi łatwiej pogodzić się z tą nieuchronnością. Przyjmuję to jako dar dany mi przez mojego Przewodnika osobiście. Stanisław
|
||||



