Moje kresowe korzenie Drukuj

Urodziłem się, wraz z siostrą Marysią 4 sierpnia 1943 r. w Złoczowie, dokąd przyjechali nasi rodzice, powracając wraz ze starszą od nas o cztery lata siostra Stasią ze Lwowa, gdzie schronili się na początku wojny w 1939 r. Ojciec przed wojną pracował jako administrator w dobrach państwa Stanisława i Maryli z Jabłonowskich Cieńskich w Pieniakach. Mama z domu panna Szczęsnowiczówna, absolwentka Seminarium Nauczycielskiego we Lwowie, po kilkuletniej praktyce w powiatowych Brodach, objęła stanowisko kierowniczki tamtejszej 6-klasowej szkoły powszechnej.

Po wkroczeniu na Kresy Wschodnie Niemców, w majątku państwa Cieńskich w Pieniakach utworzono „Liegenschaft” – przymusowy zarząd władz okupacyjnych. Dotychczasowi właściciele schronili się w Małopolsce i przez mojego ojca, próbowali mieć wpływ na zajęty przez niemiecka administrację klucz pieniacki. W Złoczowie proboszczem był, późniejszy „tajny biskup” Ks. Jan Cieński, brat pracodawcy mojego ojca. Bliska obecność, przedwojennego administratora, jego częste wizytacje na miejscu powodowały, że mimo wojny, nałożonych przymusowych dostaw żywności i drewna z pieniackich lasów Pieniaki, wraz z przyległymi folwarkami - gospodarowały zupełnie sprawnie.

Ojciec pochodził z nieodległych od tej miejscowości Podhorców. Właściwie z przysiółka tej ,znanej ze wspanialej, położonej na wzgórzu pasma Woroniaków magnackiej rezydencji – o nazwie Zwierzyniec. Tam ,bliżej w zasadzie Jasionowa osiedlił się mój dziadek ,także Stanisław nabywając u schyłku XIX w. kilkudziesięciomorgowy folwark .Była przy nim również i cegielnia. Dziadek wcześniej również zajmował się administrowaniem ,zarządzaniem wielkimi gospodarstwami rolnymi na obszarze Małopolski Wschodniej .Ożeniony z Maria Gerasińską doczekał się z tego związku licznego potomstwa. Trzech córek: Heleny, Wandy i Walentyny. Synów; Władysława, Józefa, Franciszka ,Zdzisława ,Mariana i mojego ojca Stanisława. Dziadek umarł pod koniec I Wojny Światowej ,wysiedlony przez wojska austriackie do Sasowa i na tamtejszym cmentarzu został pochowany . Siostry ojca powychodziły za mąż, Wanda za kierownika gorzelni w Pieniakach Michała Wolanina, Walentyna za właściciela młyna Kazimierza Dumicza ,a najstarsza Helena za Rusina Bazylego Bakaja z nieodległych Bakajów. Synowie zaś – poszli w świat. Władysław był górnikiem , Franciszek nafciarzem ,stryj Junek –wybitnym scenografem, artystą malarzem ,Zdzisław mechanikiem we Lwowie, Marian - wojskowym .W folwarku dziadków zamieszkała wraz z mężem najmłodsza z córek.

Mój ojciec po skończeniu szkoły rolniczej i po odbyciu praktyk związał swoją przyszłość z rodziną Cieńskich. Początkowo był kierownikiem tartaku ,potem awansował na głównego administratora. Rodzice poznali się tam, jak opowiadała moja ś.p. Mama - 10 lat przed swoim ślubem. Mama należała do tego pokolenia kresowych ”siłaczek” ,że nie brała w ogóle pod uwagę sprawy założenia rodziny. Chciała się w zupełności poświęcić swojemu nauczycielskiemu powołaniu. Nieustannemu dokształcaniu się ,poszerzaniu swoich horyzontów po to, żeby potem przekazywać wiedzę i wzorce do naśladowania swoim uczniom. Jednak krąg tak zw. ”towarzystwa” ,w tej położonej u źródeł Styru miejscowości , ograniczał się do stosunkowo nielicznej grupy inteligencji ,w skład której wchodzili księża obu wyznań ,nadleśniczy i kierownicy z majątku .No i sawantka ,nasza Mama. Wszyscy się dobrze znali, razem organizowano pikniki, grano w karty, odwiedzano się nawzajem . Po dziesięciu latach adoracji, mój ojciec jadąc z moją mamą do kościoła na niedzielną mszę bryczką ,kościół znajdował się bowiem po drugiej stronie rzeczki ,jakieś dwa kilometry oddalony od pałacu zagadnął – a może Maryna …po mszy , poszlibyśmy do księdza Wieczorka dać na zapowiedzi? Ojciec miał wtedy 40 lat, Mama była o 7 lat od niego młodsza.

 

Jej rodzice, moi dziadkowie mieszkali od lat we Lwowie na Łyczakowie. Dziadek Zygmunt Szczęsnowicz, wywodził się z asymilowanych od stuleci w Polsce Ormian. Był uosobieniem C.K . urzędnika , znacznie starszy od babci Ireny . Poślubił ją kiedy… powierzona ,jego urzędowej kurateli ,ze względu na zupełne sieroctwo ,podopieczna panna Czajkowska - osiągnęła pełnoletniość . To nie było udane małżeństwo, kiedy ich dzieci moja Mama Maria, jej bracia Władysław i Edward dorośli – dziadkowie zamieszkali osobno. Wujek Edward utalentowany malarz, specjalizujący się w sztuce sakralnej – zmarł w młodym wieku we Lwowie ,chorując na t/w .”galopujące suchoty”. Wujek Władysław został urzędnikiem pocztowym. Stryj Władysław, podczas urlopu z kopalni we Francji, który spędzał w rodzinnych stronach – umarł w Podhorcach i tam został pochowany . Siostra Ojca ,Wanda Wolaninowa, matka naszych kuzynów Mietka, Zbyszka, Jurka i kuzynki Zosi Krzeszowskiej – została zamordowana w bestialski sposób ,wraz z najmłodszą córka Danusią przez ukraińskich nacjonalistów w Pieniakach .Banderowcy zabili również jej męża Michała Wolanina - wrzucając go do pieca w gorzelni, w której był kierownikiem.

Ta tragedia, która tak blisko dotknęła rodzinę ojca, uzmysłowiła rodzicom ogrom czyhających w najbliższej przyszłości zagrożeń. Z jednej strony słychać było groźne pomruki zbliżającej się sowieckiej ofensywy, z drugiej zaś – zwłaszcza nocami – w rozświetlonymi pożogą palonych przez banderowców wsi, słychać było straszliwe jęki mordowanych przez ukraińskich nacjonalistów Polaków. Nastał bowiem najstraszniejszy od wybuchu wojny czas. Co robić? Sowieci wywiozą na Syberię, albo do Kazachstanu, a Ukraińcy zadając śmierć, wcześniej zadręczą! Nie było więc innego wyjścia jak uchodzić, udać się na tułaczkę, poniewierkę. Opuścić, porzucić wszystko co się miało. Podzielić los wypędzonych, znany wcześniej tylko z podręczników historii, tak samo jak my gnanych strachem, lękiem o życie swoje, swoich dzieci, najbliższych.

Załatwiając u dosyć, przychylnie nastawionych do planów opuszczenia zagrożonych terenów Niemców - transport w postaci towarowego wagonu  ojciec uratował również przed najgorszym rodziny sióstr, najstarszej Heleny, najmłodszej Wali i brata Mariana. Pod koniec czerwca 1944 roku wszyscyśmy odjechali ze stacji kolejowej w Brodach, kierując się na Zachód jak najdalej, podążając prawie równocześnie, z cofającymi się pod naporem Armii Czerwonej żołnierzami Wermachtu. Po dwóch tygodniach jazdy przerywanej przepuszczaniem wojskowych eszelonów wypełnionych Niemcami – wagon, który był podczepiany do różnych składów pociągów, dotarł do Jasła. Stamtąd wynajętymi przygodnie furmankami, ojciec przewiózł nas do Grudnej Kępskiej. Tam znaleźliśmy schronienie w tamtejszej szkole, w której kierowniczką była dawna uczennica mamy . Natomiast znaleźć schronienie rodzinom cioci Heleny i Wali pomógł w Dembowcu ksiądz Szubarga.

Kiedy Grudna Kępska znalazła się w ogniu przetaczającego się frontu, wraz z rodzicami kilka dni spędziliśmy w wykopanym w ziemi schronie. Mieliśmy wtedy po niespełna dwa latka, siostra Stasia pięć. Do dramatycznych zdarzeń tamtego okresu należy również dodać napad bandytów na szkołę ,w której my, wypędzeni z Kresów Wschodnich, znaleźliśmy schronienie. Wtedy już wszystko nam zabrano, ze wszystkiego ograbiono, ogołocono! Nie mieliśmy, poza swoim życiem już nic! Na Wschodzie zaś pozostawiliśmy wspomnienia o lepszym bycie i groby, w których spoczywali nasi najbliżsi .

Latem 1945 roku przyjechaliśmy do Wadowic. W tym, najbardziej znanym z małych, polskich miejscowości mieście dorastałem. W nim, nadal mieszkają moje siostry. Na tamtejszym cmentarzu pochowani są nasi rodzice, na których płycie nagrobnej wyryte są słowa "wysiedleni, prześladowani – żyli godnie”.