Menu witryny

Moje strony

Statystyka


Warning: Creating default object from empty value in /home/serwer5/ftp/wodynski/modules/mod_stats/helper.php on line 106
Odsłon : 152594
Drukuj

Po Krymie jeździliśmy dwukrotnie, przemierzając go niczym Mierzeję Wiślaną

Czuliśmy się tam bezpiecznie, byliśmy tam witani przez przyjaznych nam ludzi, z którymi bez trudu się
porozumiewaliśmy, bo prawie każda z napotykanych przez nas osób zwierzała się, iż babuszka była Polką,
albo diadia Polakiem. Sezon turystyczny na Krymie kończył się po 20 sierpnia.  Plaże wtedy pustoszały,
wieczór nadchodził bardzo szybko, koło 18 robiło się już ciemno . Woda w Morzu Czarnym miała tyle,
ile za dnia w powietrzu 25 Celzjuszów. Nocą było wprawdzie 18, ale przez co przyjemnie się spało.
Dodatkową atrakcją tych eskapad był ich niski koszt.


Biwakowaliśmy w większości przypadków " na dziko" w przeuroczych miejscach, na samych plażach,
albo w cieniu skał nad brzegami limanów.

,


Kiedy jednak nocleg wypadał nam blisko dużych miast, na ruchliwej drodze np. z Kijowa do Odessy chroniliśmy się razem z
innymi podróżującymi samochodami ciężarowymi... w stojankach. Obwarowanych murem, z cieciem, który w poprzednim
wcieleniu musiał być milicjantem.


Z toaletą i prysznicem. Bramą zamykaną łańcuchem i pętającymi się po placu wielkimi psami. Ta ochrona przed złoczyńcami
krążącymi wokół wielkich aglomeracji kosztowała nas 10, albo 12 hrywien .  Zajadaliśmy się pysznymi czeburekami ,
popijaliśmy je winem, sączyliśmy koniaki . Ech Krym ...Węży na ognisku nie piekliśmy, ale byliśmy blisko tego rodzaju pokarmu.
Swoim wehikułem stojącym tuż nad wodą , za dnia wzbudzaliśmy spore zainteresowanie pozostałych plażowiczów, którzy
przeważnie nie byli Ukraińcami,
ale Rosjanami, a nawet Białorusinami przyjeżdżającymi na Krym wiedzionymi sentymentem
wyniesionym z dzieciństwa.
Zazwyczaj byli to przedstawiciele rodzącej się w Rosji klasy średniej, rzemieślnicy,
drobni przedsiębiorcy....


Nasza ekskursja z Polski, w dodatku dwojga staruszków, nierozważnie niczym pary nastolatków - wędrujących po Dzikich Polach,
stanicach kozackich, stepach tatarskich budziła w nich ciepłe do nas uczucia.
Obdarowywano nas zatem tym,
co im się w Morzu Czarnym wydawało najlepsze, a to złowioną rybą, a to wiadrami złapanych pod wieczór krabów.  
Z tymi morskimi rakami mieliśmy spory kłopot bo, uprzejmi plażowicze pilnowali, żebyśmy wrzucali je żywcem do wrzątku...


Serce nam się krajało na myśl o cierpieniu tych stworzeń, ale sterroryzowani uśmiechami sympatii ... gotowaliśmy te kraby,
które są tam największym przysmakiem.

W końcu nie zdzierżyliśmy, co nam kraby podrzucono to my  je... myk do wiaderka zakopanego w piasku,
a jak towarzystwo gdzieś polazło... wypuszczałem raki z powrotem do morza.


Temu wszystkiemu przyglądał się drastycznie wychudzony pies, który z rzadką u kundli dystyngowaną miną  trzymał się nas w
odległości  jakby metrem mierzonej, na dystans 3,5 m.  Psie towarzystwo mieliśmy zawsze zagwarantowane , niezależnie od
kraju, który przemierzaliśmy. Czy to w Grecji, Albanii, Rumunii ,Bułgarii. W Monte Negro jakoś nie było psów widać. W Grecji,
nieopodal miasta Lamii to nam ktoś do wykarmienia przez parę dni podrzucił dwa szczeniaki.



Ze wstydem muszę się przyznać, że stołowaliśmy się zasadniczo sami, albo w bardzo podejrzanych lokalach,
w których serwowano soliankę, barszcz, pierogi z kaszą, no i te czebureki.

Na półtoramiesięczną eskapadę po Krymie i Ukrainie wraz z winem i koniakami? wydaliśmy całą moją emeryturę.